Najgorszy mentor networkingu w historii polskiej kultury. A jednak w kilku sprawach ma rację lepiej niż niejeden człowiek z wizytówką w kieszeni. Nikodem Dyzma, bohater powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1932 roku oraz jej późniejszej, luźnej i uwspółcześnionej wariacji filmowej z Cezarym Pazurą, to człowiek znikąd, który blefem, tupetem i cudzymi domysłami wspina się na sam szczyt drabiny towarzyskiej. Nie ma kompetencji, nie ma planu, nie ma nawet specjalnego pomysłu na siebie. Ma za to coś, co otwiera mu kolejne drzwi: żelazną pewność siebie i talent do znajdowania się we właściwym miejscu.
Z punktu widzenia networkingu Dyzma jest podręcznikowym antywzorem. Wszystko, co robi, jest na dłuższą metę nie do obrony. A jednak, kiedy przyjrzeć się mechanizmowi jego sukcesu, okazuje się, że przypadkiem trafia w kilka prawd o budowaniu relacji, których wielu uczciwych i kompetentnych ludzi nigdy nie opanowało. Zróbmy więc rzecz przewrotną: potraktujmy Dyzmę jak mentora. Zobaczmy, czego naprawdę warto się od niego nauczyć, a gdzie jego metoda prowadzi prosto na minę. Fenomen Dyzmy polega na tym, że otoczenie samo dopisuje mu kompetencje, których nie ma. On tylko nie zaprzecza. To jednocześnie jego genialna sztuczka i jego największe przekleństwo.
Czego Dyzma uczy zaskakująco dobrze
Zanim go skreślimy, oddajmy sprawiedliwość. Kilka rzeczy Dyzma robi tak, że można by mu tego pozazdrościć, gdyby tylko stało za tym cokolwiek prawdziwego.
- Nie tłumaczy się i nie przeprasza za swoją obecność
Dyzma wchodzi do salonu tak, jakby zawsze tam był. Nie kaja się, nie zaczyna od „ja tylko na chwilę”, nie przeprasza, że zajmuje komuś czas. Ludzie czytają tę pewność jako sygnał statusu i zaczynają traktować go poważnie.
To realna lekcja: na spotkaniu nikt nie zrobi Ci miejsca, jeśli sam swoją postawą sygnalizujesz, że na nie nie zasługujesz. Spokój, proste plecy i brak nerwowego tłumaczenia się działają, zanim padnie pierwsze zdanie.
- Słucha i mówi ludziom to, co chcą usłyszeć
Sekret Dyzmy jest banalny: mało mówi, dużo słucha, a potem odbija cudze poglądy jak lustro. Rozmówcy wychodzą zachwyceni, bo trafili wreszcie na kogoś, kto „rozumie”.
To karykatura, oczywiście, ale pod spodem leży najprawdziwsza zasada networkingu. Ludzie lubią tych, przy których czują się mądrzy, ważni i wysłuchani. Różnica jest tylko taka, że Dyzma robi to cynicznie, a Ty możesz robić to szczerze i osiągnąć ten sam efekt bez ryzyka kompromitacji.
- Pojawia się tam, gdzie trzeba
Kariera Dyzmy to w gruncie rzeczy kariera obecności. On po prostu jest, konsekwentnie, w miejscach, gdzie zapadają decyzje i zawiązują się znajomości.
Networking rządzi się dokładnie tym samym prawem. Kontakty trafiają do ludzi, których widać. Można być najzdolniejszą osobą w mieście i zostać pominiętym, jeśli nikt nie kojarzy Twojej twarzy z żadnego spotkania, rozmowy czy wspólnego projektu.
- Daje ludziom poczucie, że są ważni
Wokół Dyzmy każdy czuje się doceniony, bo Dyzma niczego nie kontestuje i każdemu przytakuje. To manipulacja, ale sam kierunek jest słuszny.
W prawdziwych relacjach ludzie często pamiętają nie to, jak błyskotliwy byłeś, tylko jak się przy Tobie czuli. Zainteresowanie drugą osobą jest walutą, której nigdy nie brakuje. I co ważne, nie trzeba jej udawać. Wystarczy naprawdę słuchać.
Gdzie blef pęka, czyli druga strona medalu
Tyle o zaletach. Teraz najważniejsze: dlaczego metoda Dyzmy to droga donikąd, mimo że na krótkim dystansie wygląda jak wygrana. Pod spodem nie ma nic. Cały gmach Dyzmy stoi na tym, że nikt nie sprawdza fundamentów. Networking otwiera drzwi, ale za drzwiami trzeba coś dostarczyć. Pierwszy poważny projekt, pierwsze konkretne pytanie o kompetencje i wydmuszka pęka. Relacja bez wartości pod spodem to kredyt, który zawsze trzeba w końcu spłacić. Życie w ciągłym strachu przed zdemaskowaniem. Dyzma nie może odpocząć ani na chwilę, bo każde nowe spotkanie to ryzyko, że ktoś zada pytanie, na które nie zna odpowiedzi. Autentyczność jest po prostu wygodniejsza. Kto nie udaje, ten nie musi pamiętać, co i komu nawymyślał.
Relacje na manipulacji nie przechodzą testu. Dopóki wszystko idzie gładko, przytakiwanie wystarcza. Ale prawdziwa wartość kontaktu ujawnia się w trudnym momencie, gdy trzeba komuś doradzić wbrew jego oczekiwaniom albo przyznać, że czegoś się nie wie. Tego Dyzma nie potrafi, bo cała jego relacja jest transakcją, a nie zaufaniem. Sukces jest kruchy i cudzy. Pozycja Dyzmy zależy w całości od tego, co inni sobie o nim dopowiedzą. W momencie, gdy narracja zaczyna się sypać, nie zostaje nic, bo nigdy nie było nic własnego. Sieć zbudowana na blefie znika razem z blefem.
Nikoś Dyzma na LinkedIn, gdyby żył dzisiaj
A teraz dla rozrywki, bo współczesny Dyzma nie musiałby już chodzić po salonach. Miałby profil na LinkedIn i byłby w tym niestety całkiem niezły. Rozpoznasz go bez trudu, bo takich profili są dziś tysiące.
- Nagłówek profilu: „mentor, wizjoner, lider”, ani słowa o tym, co konkretnie robi.
- Posty w stylu „przemyślenia lidera”, złożone wyłącznie z oczywistości podanych jak objawienie, zawsze zakończone pytaniem: „a jak Wy to widzicie?”.
- Zdjęcia z każdej możliwej konferencji, zawsze z podpisem „świetne rozmowy, dużo inspiracji”, nigdy z konkretem, o czym były te rozmowy i co z nich wynikło.
- Komentarze pod cudzymi postami: „Super punkt, w pełni się zgadzam!”, pisane tak, żeby zaistnieć, nie żeby cokolwiek wnieść.
Śmieszne? Trochę. Ale też ostrzeżenie. Dzisiejszy Dyzma nie musi już kłamać wprost. Wystarczy, że produkuje pozór aktywności bez treści. I bardzo łatwo, budując swoją markę oraz sieć kontaktów, wpaść w ten sam tryb, samemu tego nie zauważając.
Warto więc co jakiś czas zapytać siebie: czy ja coś wnoszę, czy tylko jestem widoczny?
Prawdziwy networking to Dyzma odwrócony
I tu dochodzimy do puenty. Sekret nie polega na tym, żeby odrzucić wszystko, co robi Dyzma. Kilka jego narzędzi jest naprawdę skutecznych: pewność siebie, uważne słuchanie, obecność tam, gdzie trzeba, dawanie ludziom poczucia, że są ważni. Problem w tym, że u Dyzmy stoją one na pustce. Prawdziwy networking to Dyzma odwrócony: te same zachowania, ale zbudowane na czymś realnym. Ta sama pewność siebie, tylko że masz ją, bo naprawdę potrafisz pomóc. To samo słuchanie, tylko szczere. Ta sama obecność, tylko że kiedy ktoś zada Ci trudne pytanie, nie musisz uciekać, bo znasz odpowiedź. Różnica między blagierem a profesjonalistą nie leży w charyzmie. Leży w tym, czy pod charyzmą coś jest. Dlatego w społeczności LocalNetworking.pl powtarzamy, że kontakt to dopiero początek, a nie cel. Blefem otworzysz drzwi raz, może dwa. Ale sieć, która realnie procentuje przez lata, buduje się na czymś, czego Nikoś Dyzma nigdy nie miał: na wartości, którą naprawdę dowozisz. Charyzma przyciąga ludzi. Treść sprawia, że zostają.
Artykuł o charakterze poradnikowo-rozrywkowym opublikowany w ramach działalności społeczności LocalNetworking.pl. Treść ma charakter informacyjny i edukacyjny, a odwołania do postaci Nikodema Dyzmy służą wyłącznie celom ilustracyjnym.